Karolina – moja siostra

PIN Siostry

Miałam może sześć albo siedem lat kiedy zrozumiałam, że moja siostra jest wyjątkowa. Miałam piętnaście lat gdy zrozumiałam dlaczego.

Nie będę zaczynała tej historii od początku, bo początki były normalne. Miałyśmy najlepsze dzieciństwo na świecie. Rozrabiałyśmy jak szalone. Robiłyśmy wszystko z czego nasi Rodzice nie zawsze byli zadowoleni. Chodziłyśmy do babci naszych sąsiadek po „Grześki” i oranżadę, bawiłyśmy się w dom nigdy po sobie nie sprzątając, uciekałyśmy z domu z ulubionym misiem pod pachą (właściwie to ja uciekałam), nie chciałyśmy wracać o dziewiętnastej do domu, jeździłyśmy jak szalone rowerami i robiłyśmy dużo, dużo innych rzeczy. Było fajnie. Było błogo. Było normalnie.

Z tamtego okresu pamiętam tylko piękne chwile. Nie wiem z czym zmagali się nasi Rodzice i jak wytrwale walczyli o zdrowie Marzeny, bo mnie to po prostu nie interesowało. Nie wiem co czuła Marzena gdy musiała przerywać zabawę albo wracać wcześniej do domu żeby zrobić inhalację. Wiem, że zarówno ona jak i my miałyśmy super beztroskie dzieciństwo, jak na to, co się działo.

Oczywiście pamiętam, że Mama często wyjeżdżała z Marzeną do Rabki a mną i Agą opiekowała się wtedy Babcia, robiąc co wieczór kolację „miszczów” – taką z herbatką w szklankach z uszkami. Pamiętam też, że strasznie za nimi tęskniłam. Gdy długo nie wracały, brałam zdjęcie ze ślubu moich Rodziców, które stoi u nas w domu na kominku, uciekałam na strych i płakałam do tego zdjęcia. To był trudny czas i dla nas i dla naszych Rodziców.

Pewnego razu nawet ja pojechałam z Marzeną do szpitala w Rabce i zostałam z nią na tydzień lub dwa. Mama chciała wtedy posiedzieć w domu a ja towarzyszyć siostrze. Wzięłam sobie serwetkę na szafkę nocną i ramkę ze zdjęciem całej rodziny, która potem zbija mi się w szpitalnej sali.

Podczas tego pobytu poznałam koleżanki Marzki, chodząc z nią do inhalatorium, na basen i do kaplicy. Chodziłyśmy też razem na świetlicę, malowałam paznokcie z Moniką, która niestety przegrała walkę z chorobą. Opiekunki organizowały nam wycieczki po okolicy, gdzie mogliśmy kupić pamiątki. Wiedziałam, że Marzena dobrze się tam czuje. Chodziła wesoła i oprowadzała mnie po znajomych kątach. Ja byłam na wakacjach. Ona na leczeniu. Nie wiem, czy to się czymś wtedy różniło.

Z czasem zaczęła tam jeździć coraz częściej i zostawać na dłużej. W gimnazjum opuszczała lekcje w swojej domowej szkole, którą załatwiła jej Mama, ale ona była nawet szczęśliwa (co nie, Marzen?), bo w szkole w Rabce nawet w matmy miała same piątki!

Z okresu gimnazjum pamiętam jeszcze jej samotność. Nie chodziła do szkoły. Uczyła się w domu i to tam spędzała najwięcej czasu. Miałam straszne wyrzuty sumienia z powodu tego, że ja mogę chodzić do szkoły, a narzekam, że muszę.

Potem przyszedł czas liceum i to od niego powinnam rozpocząć moją historię. To wtedy rozegrały się główne akty w naszym życiu.

Po gimnazjum Marzena powoli opadała z sił. Przez pierwszą klasę liceum było w miarę w porządku. Chodziłyśmy razem do szkoły, do której Tato odwoził nas przed swoją pracą. Dla Marzki było to najlepsze rozwiązanie, gdyż nie miała już sił jeździć autobusem, a potem iść na piechotę do naszego liceum. Po szkole długo się regenerowała, odrabiała lekcje, robiła inhalacje, drenaż, podłączała odżywkę do PEGa i szła spać. I tak przez trzy lata.

W tym czasie kilkadziesiąt razy leczyła się w Rabce, ponieważ było z nią naprawdę źle. Aż, w stanie krytycznym, została przetransportowana z Rabki do Krakowa. Po raz pierwszy widziałam jak mój Tato płacze – nie mógł być wtedy przy Mamie i Marzenie. Ja stanęłam przed najtrudniejszą decyzją w moim życiu: czy iść na studia. Któregoś razu Marzena odwiedziła mnie na stancji, a potem zemdlała z niedotlenienia i musieli z nią szybko wracać do domu. Potem już prawie całe dnie leżała pod respiratorem, bo ciężko jej było oddychać. Bo nie mogła już oddychać.

Ale wiecie co? Mam najdzielniejszą siostrę na świecie. To Ona trzymała nas wszystkich w ryzach i nie pozwalała się poddać. Za każdym razem kiedy robiłam jej niespodzianki, wracając niespodziewanie do domu, wchodziłam do jej pokoju i słyszałam: „Kara, ale super, że jesteś!”. Mówiła te słowa z maską od respiratora na twarzy, a dla mnie to były najpiękniejsze słowa na świecie.

Za każdym razem, kiedy zabierałyśmy ją z Agą do ogródka przed domem, wykorzystywała te momenty do cna. Siedziałyśmy w słońcu, a kiedy lepiej się czuła, zdejmowała wąsy do tlenu i robiłyśmy błyskawiczną sesję zdjęciową.

Czy może być coś cudowniejszego niż wdzięczność widziana w oczach własnej siostry za czas spędzony na kocu? Czy może być coś wspanialszego niż słowa otuchy po niezdanym kolokwium usłyszane od siostry, która też powinna studiować, a leży w pokoju pod tlenem? Czy jest coś wspanialszego niż wielka miłość, którą moja siostra okazywała na każdym kroku? NIE. Mam wyjątkową siostrę.

Pamiętam zabawną historię, która wydarzyła się, gdy Marzka była z Mamą w szpitalu w Rabce. Razem z Agą i Tatą przyjechaliśmy do nich na weekend. Zabrałam mamę na spacer, a Tato został z Marzką w sali. Kiedy wróciłyśmy po godzinie wiedziałyśmy, że Tato zdjął buty, a Marzena, nie chcąc zrobić mu przykrości, siedziała w unoszących się oparach. Cała Marzena. Zawsze stawia dobro i szczęście innych ponad swoje. Nigdy się nie skarżyła. NIGDY. Chociaż nie raz widziałam jak płacze albo ma łzy w oczach. Taka właśnie jest. DZIELNA. Serio.

Najwspanialszą część tej opowieści zostawiłam na koniec. To tutaj dzieje się cała magia, i to tutaj poznacie, jaka naprawdę jest Marzena.

13 listopada to data, która na zawsze zostanie w naszych sercach. Byłam wtedy na spotkaniu ze znajomą w Lublinie, gdzie mieszkam, Aga wracała z zajęć zumby, a Marzena jadła kolację. Niby zwykły wieczór, a jednak nie do końca… Nie ma dnia, w którym nie żałowałabym, że nie byłam wtedy razem z moją rodziną. Aga, Tato i Mama dzielnie czuwali przy Marzenie. Siedzieli w poczekalni i czekali, aż skończy się dwunastogodzinna operacja. Gdybym miała wskazać moich codziennych bohaterów, z pewnością byłaby to moja Rodzina.

Zacznę od Agnieszki, która zawsze była przy Marzenie: opiekowała się nią, zabawiała i rozśmieszała. Pamiętam nasze wideorozmowy, gdy byłam w Lublinie – tylko my wiemy jak to komicznie wyglądało. Agnieszka jest naszą najmłodszą siostrą i nie miała z nami łatwo. Nie lubi chodzić po schodach pierwsza, bo zawsze robiłam głupie rzeczy, idąc za nią (wiecie, o co chodzi), ale jest naszym brakującym ogniwem. Jest oazą spokoju i żyje filozofią: „na wszystko jest czas”.

Kolejnym bohaterem jest mój Tato – złota rączka, „rozśmieszacz”, śpiewak i najlepszy przyjaciel Mamy. Nie ma rzeczy, której nie potrafiłby naprawić, zawsze zrobi coś z niczego i nie raz pokazał, że dla rodziny jest w stanie zrobić wszystko. Przejechał z Marzeną tysiące kilometrów – najpierw do Rabki, Krakowa, Skawiny, Rzeszowa i wszędzie tam, gdzie są szpitale, a potem do Zabrza na kontrole, badania i leczenie. Zawsze wspiera moją Mamę i nas. Mówi mądre rzeczy. Kiedy pracowałam w Holandii, powiedział żebym już nigdy nie wyjeżdżała do pracy za granicę. On mi pomoże, a może ja coś wymyślę. Twierdził, że warto wspierać polski kapitał, tutaj żyć i zarabiać. I wiecie co? To dzięki Jego słowom założyłam własną firmę. Mimo że nie zgadzamy się w wielu kwestiach i nie raz sprawiałam mu przykrość, ma w sobie wielkie pokłady dobroci i miłości.

I – oczywiście- moja Mama. Brak mi słów, żeby opisać jak cudowną, ciepłą, kochaną i oddaną osobą jest Mama. W każdym jej słowie czuć wielką miłość do mnie i moich sióstr. Nigdy się nie poddaje i daje nam tym przykład. A co może być cenniejszego dla dorastających dzieci, niż obserwacja rodziców? Moja Mama jest ostoją. Jest jak drzewo, do którego jesteśmy doczepione. A wiecie, co jest najfajniejsze? To że nasi Rodzice dają nam swobodę życia na własnych zasadach, bo wiedzą, że zostałyśmy nauczone miłości, szacunku i dobroci dla drugiego człowieka. To jest dla mnie definicja rodzicielstwa.

Chciałam także wspomnieć o mojej Babci, która zawsze stoi na straży naszej Rodziny. To Ona sprawdza czy się ciepło ubrałyśmy, gdy na dworze jest zimno, i to Ona wspierała moich Rodziców w walce, gdy byłyśmy jeszcze małe. To do Niej mogłam przyjść i porozmawiać podczas nieobecności Mamy.

Marzena długo regenerowała się po przeszczepie płuc. Była słaba, nie miała siły w mięśniach. Większość czasu leżała, a siadanie na specjalnym krześle w chwilach konieczności sprawiało jej wiele trudu. Jej organizm odrzucił nowe płuca. Myślałam, że Marzena się poddaje. Zaczęła mówić, że wolała tamto życie, bo wiedziała, co ma robić. Bała się oddychać bez użycia dodatkowego tlenu, ponieważ myślała, że się udusi. Potrzebowała dużo czasu, żeby dojść do siebie zarówno fizycznie, jak i psychicznie.

Pierwszy raz po przeszczepie, zobaczyłam ją tydzień po operacji. I bardzo się jej przestraszyłam. Była chuda, blada i wyglądała na bardzo zmęczoną. Siedziała w fotelu, patrząc w jeden punkt. Widać było, że męczą ją nasze wizyty. Z jednej strony chciała się z nami spotykać, a z drugiej miała wszystkiego dość. Nowa sytuacja ją przerosła. Widziałam to. I rozumiałam. To był dla niej ciężki czas. Starała się poukładać sobie w głowie to, co się właściwie wydarzyło. A wydarzyło się wiele jak na dwadzieścia cztery godziny.

Podróż do Zabrza, przeszczep płuc i nagła zmiana sposobu oddychania, poruszania się, czy mówienia. Wiecie, że zmienił jej się śmiech? Serio! Teraz śmieje się zupełnie inaczej niż przed przeszczepem. Dała jednak radę. Czas leczy rany, a moja siostra zaczęła leczyć swoje.

Pewnego dnia mój kuzyn Marcin wysłał Marzenie do Zabrza kartkę pocztową i poprosił swoją znajomą, żeby zrobiła to samo. Kiedy Marzka dostała te kartki, bardzo się ucieszyła. Postanowiłam zorganizować akcję wysyłania kartek do Marzeny. Pomagały mi w tym moje koleżanki ze studiów: Ola, Karola, Justyna. Moi znajomi z liceum, a także ich znajomi. Nawet nie spodziewałam się takiego odzewu. Marzena dostała mnóstwo kartek, do których wraca nawet teraz.

Na tydzień przed wigilią przyjechałam do Zabrza, żeby opiekować się Marzeną. Mama chciała odpocząć i wrócić do domu, by pomóc babci przed świętami. Na prośbę Marzki przychodziłam do niej o szóstej rano, chociaż pielęgniarki prosiły, żebym zjawiała się trochę później. Chciały mieć czas na podanie leków, zmianę pościeli, badania i poranną szpitalną rutynę. Przychodziłam i widziałam, że wcale nie jest lepiej. Marzena dalej siedziała i patrzyła w ścianę.

Nie chcę pisać, że to moja zasługa, ale pewnego dnia poprosiłam Marzkę, żebyśmy spróbowały pójść na spacer na korytarz. Miała w sobie duży upór. Po pięciu dniach śmigała jak szalona, choć pierwsze półtora miesiąca po przeszczepie wcale takie piękne nie były…

Po przeszczepie Marzka musiała być podpięta pod wiele różnych urządzeń. Miała rurki, które wprowadzały pokarmy, odprowadzały płyn z płuc i wprowadzały krew. Pamiętam sytuację, gdy pewnego dnia musiała mieć zrobione nowe wkłucie do tętnicy w szyi. Lekarz, który przyszedł, powiedział, że zrobi to przy mnie. Akurat w tym samym czasie przyszedł rehabilitant, żeby z Marzką ćwiczyć. Dla mnie to był wielki stres. Marzka leżała w łóżku, wszędzie krew… Słyszałam, jak płacze. Po wszystkim jednak wstała i powiedziała: „Idziemy na spacer!”. To jest właśnie Ona – wytrwała i dzielna. Przeszła w życiu tak dużo, a ma w sobie tak wiele dobra i życzliwości. Kiedyś kupiła od ulicznego sprzedawcy kwiatów jednego kwiatka wartego pięć złotych, dając za niego dziesięć razy więcej.

Życie to dar – oklepane stwierdzenie, wiem. Ale jak lepiej wytłumaczyć, że życie jest nam dane na chwilę, i że musimy z nim coś zrobić. Marzena na każdym kroku czyni dobro. Wie, że dostała szansę i DOCENIA TO.

Wiele jej znajomych nie doczekało przeszczepu. Kiedy Marzena leżała w Zabrzu po przeszczepie ja z Tatą, Babcią i Agą pojechaliśmy na pogrzeb jednej z jej koleżanek. Wiem, że Marzka pamięta o każdej z tych osób i stara się żyć podwójnie.

Chciałabym zakończyć pozytywnie. To w końcu szczęśliwa historia. Mimo że było tyle zła, to tysiące cudownych rzeczy się w niej wydarzyło i jeszcze tyle wydarzy!

Po przeszczepie i okresie rekonwalescencji Marzena odkrywa życie na nowo:

  • Zaczęła studia (gdy piszę te słowa jest już licencjuszką, a gdy czytasz je Ty – na pewno już panią magister),
  • Pracowała w studenckim radiu i pisała artykuły na studencki portal,
  • Była wolontariuszką w Szlachetnej Paczce,
  • Napisała i wydała dwie książki ( w tym tę, którą właśnie czytasz),
  • Prowadzi bloga i Instagrama, założyła też swoją stronę internetową,
  • Pomaga obcym ludziom na ulicy,
  • Wspiera szpital w walce z koronawirusem,
  • Jeszcze więcej czyta,
  • Podróżuje (na razie po Polsce, ale dopiero się rozkręca! Gdy czytasz te słowa, z pewnością zwiedziła już wiele zagranicznych miejsc!),
  • Szkoli się i doszkala,
  • Ma fajne przyjaciółki i super narzeczonego (a teraz może już męża? 😊)
  • Jest niesamowita!

Karolina Piejko-Panas

 

You May also Like
Malta

Komentarz (1)

  1. Ewa Wywrot

    23 czerwca, 2022 at 21:47

    Piękne wyznania i jakże prawdziwe Karolinko . Jesteście wszyscy bardzo kochani i zasługujecie na szacunek . Pozdrawiam i życzę duuuużo zdrówka i wszelkiego dobra

Zostaw swoje komentarze