Malta

PIN

Malta, jako kierunek naszej pierwszej wspólnej zagranicznej wycieczki, wybrana została jeszcze przed wybuchem epidemii koronawirusa i byliśmy wtedy tuż tuż od kupna biletów, a ja cieszyłam się na swój pierwszy lot samolotem. Niestety, lockdown pokrzyżował nam plany i wymarzona Malta musiała poczekać półtora roku, do czasu, aż zaszczepieni przeciwko Covid-19, wyposażeni we wszystkie niezbędne leki i karty informacyjne ze szpitala, karty EKUZ i unijne certyfikaty szczepień, mogliśmy już bez żadnych przeszkód wyruszyć na tę maleńką wysepkę na Morzu Śródziemnym, zmieniając narzeczeńskie wakacje na bajkową podroż poślubną. Nie ma tego złego…

Zwiedzając tyle ciekawych i historycznych miejsc, zażywając kąpieli słonecznej na przepięknej złocistej plaży, pobierając lekcje pływania od męża, zajadając się pizzą i makaronami oraz płynąc promem i katamaranem przez wzburzone jesiennymi wiatrami morze i błękitną lagunę postanowiłam, że choć odrobinę przybliżę tutaj te obrazki, którymi przez tydzień katowałam moją rodzinę i znajomych, wysyłając im zdjęcia z niemal każdej godziny spędzonej w różnych częściach wyspy. A nóż widelec zachęcę kogoś z Was do odwiedzenia Malty.

 

Dzień pierwszy

Po trwającym niespełna dwie godziny locie (z lotniska w Krakowie), który był pierwszym w moim życiu i wiem już, że z pewnością nie ostatnim, wylądowaliśmy na lotnisku local council Luqa. Przywitani ciepłym, jesiennym wiatrem, mokrymi jeszcze drogami od potężnych deszczy, które padały na Malcie przez ostatni tydzień i uśmiechniętym kierowcą Bolta, dojechaliśmy do hotelu Blue Bay w miejscowości Gzira, w którym mieliśmy spędzić najbliższy tydzień.

26 stopni Celsjusza, szum wody z zatoki, nieopodal której mieszkaliśmy, ruch lewostronny, z którym wcześniej nie miałam do czynienia, budynki z żółtego piaskowca i wąskie uliczki, a przy nich kamienice z charakterystycznymi balkonami, zwanymi gallarija, jeszcze bardziej pomogły mi uwierzyć w to, że oto jestem na Malcie!

Przed naszym wylotem sprawdziliśmy w Sieci na jaką pogodę i temperaturę możemy liczyć początkiem listopada na Malcie i pod koniec naszej wycieczki okazało się, że prognozy sprawdziły się w niemal stu procentach. Pierwsze dni listopada są tam ciepłe, ale już nie upalne, więc dla nas była to idealna pogoda na całodzienne zwiedzanie. Średnia temperatura w dzień wynosiła 25-26 stopni Celsjusza, a nocą nie spadała poniżej 18, jednak temperatury odczuwalne były o jakieś 8 stopni wyższe. Spokojnie dało się jeszcze zażywać morskich kąpieli w wodzie nagrzanej letnimi miesiącami, a na plaży tych słonecznych, pod zupełnie bezchmurnym niebem. Latem trudno tam o zieleń, z powodu suszy, za to w październiku i listopadzie wszystko zielenieje, a krajobraz przypomina polski maj.

Pierwsze popołudnie na Malcie poświęciliśmy na zwiedzanie okolicy, w której mieszkaliśmy. Zjedliśmy pizzę w pobliskiej przydrożnej pizzerii, gdzie, jak się potem okazało, jedliśmy jeszcze niejednokrotnie, posiedzieliśmy na kamienistej plaży, wsłuchując się w fale bijące o brzeg i uczestnicząc w powolnym zachodzie Słońca, a wieczorem poszliśmy na długi spacer wzdłuż wybrzeża ulicą Triqu Ix-Xatt.

 

Dzień drugi

Głównym organizatorem, przewodnikiem i „ogarniaczem” naszej wycieczki po Malcie był mój mąż, jednak wspólnie postanowiliśmy, że podczas tych wakacji chcemy zobaczyć jak najwięcej, planując czas w taki sposób, aby w każdy dzień zwiedzić inne miejsce. Już wcześniej wiedzieliśmy więc, że drugi dzień spędzimy w Valletcie – stolicy Malty, jednej z najmniejszych stolic na świecie i w pełni ufortyfikowanej.

W pierwszy dzień kupiliśmy na lotnisku Karty Explore, ważne przez 7 dni od dnia pierwszego użycia, upoważniające do nielimitowanych przejazdów autobusami, które były naszym środkiem transportu na Malcie, ale także sprawdzianem z cierpliwości, gdyż rozkłady jazdy komunikacji miejskiej nijak mają się do rzeczywistości – autobusy jeżdżą jak chcą. Nie można jednak odmówić kierowcom asertywności oraz przestrzegania obostrzeń covidowych – nie wejdzie do autobusu większa liczba osób niż ta przewidziana w rozporządzeniu, a tym bez maseczki kierowcy zwracają uwagę. Zresztą nie tylko w komunikacji miejskiej, ale we wszystkich miejscach, gdzie wymagane jest noszenie maseczek, nie widziałam ani jednej osoby, która by jej nie miała! I piszę to z ręką na sercu, bezskutecznie próbując przypomnieć sobie chociaż jeden wyjątek. Autobusy nie zatrzymują się tam na każdym przystanku swojej trasy, na Malcie obowiązuje bowiem system „łapanki” – jeśli nie zatrzymasz ręką autobusu, chcąc do niego wejść, zwyczajnie Cię ominie. To samo dzieje się, gdy autobus jest pełny. Przed wyjściem należy wcisnąć przycisk „stop”.

W pierwszy dzień kupiliśmy także kartę Heritage Malta Multisite Pass, która umożliwia darmowe wejście do wielu atrakcji, zabytków i muzeów (około czterdziestu). Zarówno Karty Explore, jak i Malta Pass zdecydowanie nam się zwróciły. Tą drugą kupiliśmy w Valletcie, przed wejściem na fort.

Do Valletty przyjechaliśmy około 10:00. Z Gziry podróż autobusem zajmuje około 20 minut. Pierwsze zdjęcie zrobiliśmy przy ogromnej fontannie Trytona, stojącej na zewnątrz City Gate.

Po przekroczeniu Bramy Miejskiej znaleźliśmy się na ulicy Republiki – głównej ulicy Valletty, gdzie od razu rzuciła się w oczy duża liczba turystów. W końcu to stolica państwa, która w 2018 roku zdobyła tytuł Europejskiej Stolicy Kultury. Ulica Republiki to uroczy, wybrukowany deptak, przy którym znajduje się wiele sklepików z pamiątkami, klimatyczne restauracje, a także najsłynniejsze zabytki i atrakcje Valletty. My, na sam początek, udaliśmy się do Konkatedry Świętego Jana Chrzciciela z XVI wieku, do której wstęp kosztuje 15 euro, a zwiedzać można ją (jak większość miejsc na Malcie) do 16:00. Dostaliśmy audioprzewodniki i zaczęliśmy oglądać barokowe wnętrze tego przepięknego, wielkiego kościoła. Przepych, który widać tam na każdym kroku, misterne zdobienia niemal każdej części katedry, posadzka składająca się z marmurowych płyt, upamiętniających znakomitości i liczne kaplice poświęcone każdemu z ośmiu działów zakonu joannitów naprawdę robią niesamowite wrażenie. Spędziliśmy tam ponad godzinę, a ja dziwiłam się, że zwiedzanie kościoła może być dla mnie takie interesujące, gdyż nie przepadam za tego rodzaju atrakcjami. Dużo bardziej lubię podziwiać i zachwycać się krajobrazami czy naturą, niż budynkami, nawet zabytkowymi. Warto też wiedzieć, że do konkatedry nie można wejść w krótkiej sukience czy z odkrytymi ramionami, a opiekunowie kościoła zalecają trzymać plecaki przed sobą lub w ręce, aby nie uszkodzić żadnego elementu.

Drugą atrakcją w Valletcie był pokaz salw armatnich, który odbywa się dwa razy dziennie – w samo południe i o 16:00. Saluting Battery oglądaliśmy z tarasu Górnych Ogrodów Barrakka, gdzie znajduje się mały, przyjemny park z fontanną i zielenią. Z tarasu rozciąga się także przepiękny widok na zatokę Grand Harbour. Na pokaz wystrzału przyszliśmy już 20 minut przed południem z myślą, żeby zająć jak najlepsze miejsce na tarasie, przypuszczając, że będzie tam wtedy tłum ludzi – nie pomyliliśmy się, ale udało się stanąć w najlepszym możliwym miejscu. Sam wystrzał nie był zbyt spektakularny, za to obudowa całego wydarzenia dość efekciarska. Zrobiliśmy tam za to piękne zdjęcia i poszliśmy dalej.

Kolejnym punktem naszej wycieczki po Valletcie był Fort Saint Elmo, znany z oblężenia Malty w 1565 roku przez Turków osmańskich, na którym toczyło się wiele walk. Obecnie na jego terenie znajduje się Narodowe Muzeum Wojny, które obejrzeliśmy bardzo dokładnie (tak serio to Darek obejrzał bardzo dokładnie, a ja robiłam zdjęcia, żeby obejrzeć je sobie bardzo dokładnie innym razem :p). Z fortu rozciągają się też piękne widoki na inne części Malty, które stały się idealnym tłem do zdjęć, zrobionych tam przeze mnie setki.

Ostatnim miejscem w Valletcie, tego dnia, był Pałac Casa Rocca Piccola – dom szlacheckiej rodziny de Piro, zbudowany w XVI wieku. Jest przepiękny, posiada 50 pokoi (nie wszystkie jednak dostępne są dla zwiedzających), a wśród nich na przykład biblioteczkę, sypialnię, letni i zimowy pokój jadalny czy prywatną kaplicę. Byliśmy też w podziemiach, gdzie znajdują się bunkry. Każde z tych pomieszczeń ma swój niepowtarzalny urok i klimat, w każdym zatrzymywaliśmy się na jakiś czas, żeby wszystko dokładnie obejrzeć, zrobić zdjęcia i wyobrazić sobie ludzi, którzy kiedyś spali w łożu z baldachimem, czytali książki w wielkim fotelu czy noszeni byli w czymś na kształt lektyki. Pałac posiada także ogród z drzewkami pomarańczowymi, ławeczkami i zielenią, nad którym czuwa kolorowa, żywa papuga imieniem Kiku.

W Valletcie, nieopodal fortu, zjedliśmy swój pierwszy prawdziwy obiad w knajpce, którą prowadzi uroczy starszy pan. Ravioli z serem i sosem pomidorowym oraz makaron z ragu, podane i jedzone wprost z patelni, nasyciły nas na tyle, że kolacja w Gzirze nie była już konieczna.

Dzień trzeci

Wpisując w wyszukiwarkę internetową „plaże na Malcie” znaleźliśmy kilka ich rankingów, a w każdym z nich powtarzały się zazwyczaj te same miejsca, z tym że na innych pozycjach. Nie mieliśmy wcześniej żadnej konkretnej plaży na myśli, ale wiedzieliśmy, że jeden dzień chcemy w całości poświęcić na kąpiel w morzu, książkę na plaży i opalanie na kocu. Padło na środę, czyli nasz trzeci dzień pobytu i była to jedna z najlepszych decyzji, gdyż od czwartku pogoda nie zachęcała już do plażowania, choć cały czas było ciepło, bo temperatura nie spadała poniżej 23 stopni Celsjusza, ale przez nieco zachmurzone momentami niebo nie byłoby już tak przyjemnie.

Ze wszystkich tych internetowych propozycji wybraliśmy Ghajn Tuffieha Bay, głównie ze względu na małą liczbę turystów okupujących to miejsce (tak wyczytaliśmy w Sieci i być może wynikało to ze sporej ilości schodków, którymi trzeba zejść na plażę), widok z góry zapierający dech w piersiach, piękny, złoty odcień piasku, niewielkie klify wokół zatoki, przejrzystą wodę i obecność ratownika. Z Gziry na plażę jechaliśmy autobusem dość długo, bo prawie dwie godziny (korki, wynikające z nie wiadomo czego i wąskie wiejskie uliczki), ale okazało się na miejscu, że ta wyprawa naprawdę była tego warta. Przede wszystkim nauczyłam się pływać! Sorki, mąż mnie nauczył i był przy tym bardzo cierpliwy, a ja bardzo zdeterminowana, bo już od jakiegoś czasu mówiliśmy sobie, że na Malcie to już naprawdę nauczę się pływać. No i udało się!

Wieczorem odwiedziliśmy jeszcze Malta National Aquarium w miejscowości Qawra, gdzie oglądaliśmy rekiny (rekiniątka takie), koniki morskie, meduzy, ośmiornice i przeróżne gatunki ryb i rybek. Niektóre akwaria tam dedykowane są Malcie i jej historii – na przykład w jednym z nich stoi posąg Jezusa, który rzeczywiście znajduje się w maltańskich wodach, a w kolejnym element statku, którym płyną Święty Paweł i który rozbił się o jedną z wysepek należących do Malty (płynęliśmy obok niej katamaranem; nazywa się St. Paul’s Island i znajduje się około 100 metrów od linii brzegowej Malty; stoi na niej posąg Świętego Pawła). Malta National Aquarium robi wrażenie i zdecydowanie polecam do niego zajrzeć. Ogromnym ułatwieniem dla turystów jest fakt, że akwarium, w przeciwieństwie do większości atrakcji na Malcie, czynne jest aż do godziny 20.

Dzień czwarty

Na czwartek zaplanowaliśmy wpłynięcie do Blue Grotto – szeregu jaskiń znajdujących się na południowo-wschodniej części Malty. Blue Grotto jest jedną z największych atrakcji turystycznych, choć położona nieco na uboczu i być może dlatego, a może głównie przez duży wiatr, nie było tam wtedy prawie w ogóle turystów. Już jadąc autobusem na miejsce przeczuwaliśmy, że z powodu tego wiatru nie uda nam się popłynąć do jaskini. Wycieczka łódką rzeczywiście się nie odbyła, za to widok na otwarte morze, przedziwny spokój bijący z tego miejsca i duże fale głośno uderzające o brzeg zrekompensowały nam wszystko.

Z Qrendi, bo tam znajdują się jaskinie, pojechaliśmy podziwiać morze z klifów Dingli. Dziś wiem, że jest to jedno z moich ulubionych miejsc na Malcie, choć wielu jeszcze nie odkryliśmy. Śniadanie kupione z furgonetki przemiłego pana, próbującego mówić po polsku, i zjedzone na ławeczce z widokiem na morze to moment, który bardzo celebrowałam, starając się zapamiętać z niego jak najwięcej, bo miał w sobie coś z magii, tajemniczości i romantyczności.

Zrobiliśmy tam setki zdjęć, podziwialiśmy morze i niezamieszkałą wyspę Filfla widniejącą w oddali. Ciepły wiatr cudownie rozwiewał włosy, a uroczy starszy pan, spacerujący z psem, pokazywał coś w oddali swojemu pupilowi, co totalnie mnie urzekło i chwyciło za serduszko.

Po śniadaniu na klifach pojechaliśmy do Mdimy, gdzie spędziliśmy resztę dnia, a pierwszym punktem były katakumby Świętego Pawła, które jednak nie wywarły na nas oczekiwanego wrażenia, choć obiekt jest bardzo duży i super zachowany.

Potem odwiedziliśmy Muzeum Domus Romana. To willa z okresu wczesnego cesarstwa, która z biegiem lat została przebudowywana według architektury hellenistycznej. W przeciwieństwie do katakumb, w muzeum znajduje się naprawdę wiele ciekawych eksponatów z I wieku p.n.e. Centrum budowli stanowi oryginalna mozaika na podłodze, zachowana do naszych czasów! A poza tym są tam również fragmenty kolumn, marmurowe posągi czy naczynia i garnki kuchenne. Te wszystkie oryginalne artefakty, o których uczyliśmy się z podręczników historii, mogliśmy zobaczyć na żywo, z bliska, i to było coś niesamowitego! Wydawałoby się, że o ich niezwykłości świadczy jedynie prosta tabliczka „Do not touch”, ale gdy zgłębiliśmy się w historię tych przedmiotów, dotarło do nas, że kryją one w sobie tyle historii, tyle tysięcy lat, tyle kolei losu i tyle przeszłości, że nie sposób przejść obok tej tabliczki obojętnie.

Później już tylko spacerowaliśmy po tym mieście ciszy, delektując się spokojem wąskich uliczek i historiami, skrywanymi w każdych pomalowanych na niebiesko drzwiach, które mogliśmy sobie tylko wyobrażać, widokiem Katedry Świętego Pawła i cudowną niewiadomą, która kryła się za każdym rogiem krętych uliczek, tworzących labirynt, znany tylko mieszkańcom Mdimy.

Mdima to maleńkie miasteczko, otoczone murem, do którego nie można wjechać samochodem i nie kursują w nim żadne autobusy, co wydaje się być oczywiste w tej uroczej plątaninie deptaków. Wyjątkowość tego miasta tkwi chyba w niuansach – zdobionych kołatkach na kolorowych drzwiach, różnorakich gallarija nad naszymi głowami i czasie, który, w przeciwieństwie do mojego, dawno się tam zatrzymał.

W Mdimie znaleźliśmy też uroczą restaurację z ogródkiem, gdzie zjedliśmy makaron, po raz kolejny rezygnując z królika – przysmaku kuchni maltańskiej, który wszędzie wydawał się jakoś drogi, a czas na szaleństwa dopiero miał nadejść.

Dzień piąty

Tego dnia wróciliśmy jeszcze na chwilę do Valletty, bo miejsc wartych zobaczenia jest tam na tyle dużo, że jeden dzień to zdecydowanie za mało. Poza tym, gdy byliśmy tam pierwszy raz, we wtorek, to sporo obiektów było już zamkniętych. Dla nas to żaden problem, bo do Valletty można wracać tysiące razy i za każdym odkrywa się nowy sklepik z pamiątkami, jakieś małe i pominięte w rankingach internetowych muzeum czy uroczą knajpkę.

Pierwszym miejscem, które mieliśmy odwiedzić, była Biblioteka Narodowa Malty. I już nawet staliśmy pod drzwiami, już czułam ten zapach starych ksiąg i widziałam zakurzone archiwa, skrywające wspaniałą historię Malty, ale ostatecznie musiało wystarczyć zdjęcie pod wielkimi drzwiami wejściowymi, gdyż oboje uznaliśmy, że cena za wstęp jest dosyć wysoka, a jeszcze tyle innych ciekawych obiektów jest do zobaczenia. Chciałam tam iść, bardzo, bo widok książek wywołuje we mnie jakiegoś rodzaju ekscytacje, ale też nie żałowałam, że nie weszliśmy, bo to chyba znaczy, że przecież musimy tam wrócić.

Do otwarcia Narodowego Muzeum Sztuk Pięknych zostało nam jeszcze trochę czasu, więc wykorzystaliśmy ją na kawę na jednym z deptaków. Muzeum nie wywarło na mnie jednak wrażenia i można śmiało powiedzieć, że to odbębniłam. No cóż. Pocieszający był fakt, że wstęp mieliśmy w ramach karty Heritage Malta Multisite Pass.

Potem była zbrojownia pałacowa, opisywana w Sieci jako punkt, którego w żadnym wypadku nie można pominąć podczas zwiedzania Valletty. I tutaj już było nieco bardziej ciekawie, przynajmniej dla Darka, który podziwiał każdą ręcznie malowaną zbroję Wielkich Mistrzów, hełmy powyginane od strzałów i ciężkie kule armatnie. Jeśli ktoś interesuje się szeroko pojętą historią, historią wojen itp., to jest to miejsce stworzone dla niego.

Po poranku spędzonym w Valletcie pojechaliśmy na cały dzień do Birgu – kolejnej miejscowości, którą obejmował nasz plan. Pierwszy punkt w Birgu: Pałac Inkwizytora.

O tym, kim był inkwizytor, musiałam najpierw przeczytać w Sieci, bo miejsce, do którego zmierzaliśmy, wymagało choćby maleńkiego nakreślenia sytuacji, aby zrozumieć, co zaraz będziemy zwiedzać. Także wcześniej, z pomocą Darka i Internetu zgłębiłam się w historię inkwizycji. Dla tych, co tak jak ja, nigdy o takiej instytucji nie słyszeli, polecam zajrzeć tutaj.

Pałac Inkwizytora okazał się mega ciekawym miejscem. To siedziba maltańskiej inkwizycji, czyli miejsce, gdzie przesłuchiwano, skazywano i karano podejrzanych oraz winnych. To też miejsce zamieszkania poszczególnych inkwizytorów, więc można tam zobaczyć pomieszczenia, w których w żyli oni na co dzień: sypialnię, kuchnię, pomieszczenie służące do przesłuchiwania, salę tortur, więzienie oraz ogród. Oprócz tego wystawione są eksponaty związane z inkwizycją, która niby kiedyś tam istniała, ale tak naprawdę niewiele o niej wiemy. Przyznam, że po powrocie do Polski, nieco bardziej zgłębiłam temat inkwizycji, wczytując się w różne strony internetowe, a pobudką do tego było właśnie to ciekawe miejsce w Birgu.  Warto zobaczyć!

Na sam koniec tego dnia zostawiliśmy sobie Fort Saint Angelo, który odegrał dużą rolę w oblężeniu Malty, podobnie jak fort w Valletcie i  był główną siedzibą broniących wyspy joannitów. Spacer po murach fortu zaliczam do bardzo przyjemnych, tabliczki z opisami poszczególnych zakątków pomagały zrozumieć jego historię, piękna kapliczka zachęcała do wejścia i chwili odpoczynku, a cudne widoki na zatokę cieszyły oko i stanowiły niesamowite tło do zdjęć.

Później zaliczyliśmy jeszcze spacer uliczkami Birgu, aby jeszcze więcej pozachwycać się ich magią, codziennym życiem mieszkańców, toczącym się w dużej mierze na tych deptakach, gallarija i suszącym się praniem nad naszymi głowami, dającymi niepowtarzalny klimat tej miejscowości.

W Birgu zjedliśmy też kolację, znowu rezygnując z królika na rzecz morszczuka, frytek, sałatki i spaghetti z grzybami i kurczakiem. Nie żałowaliśmy jednak braku tego królika.

Dzień szósty

Gozo to jedna z trzech głównych wysp należących do archipelagu Wysp Maltańskich, w skład którego wchodzi jeszcze Malta i Comino. Gozo jest drugą co do wielkości wyspą, jej powierzchnia to 67 km². Z Malty na Gozo, średnio co pół godziny, kursuje prom. Choć to bardzo malutka wyspa, to nie brakuje tam miejsc wartych zobaczenia. Głównymi jej zaletami są spokój, sielskość, małe i urocze wioski, malownicze miasteczka, ciekawe zabytki i piękne krajobrazy. To na Gozo jest chyba największy na Malcie wybór pamiątek, magnesów, lokalnych przysmaków i ręcznie dzierganych swetrów. Stragany spotkać można tam dosłownie na każdym kroku i to w nich właśnie obkupiłam siebie i najbliższych. 

Na Gozo czułam się trochę jak na wakacjach na wsi. Pewnie przez różowy dres, który wtedy założyłam, lody owocowe, ciepełko lejące się z nieba i widok pól uprawnych wokół, oraz przez poczucie całkowitego rozluźnienia i resetu.

Prom na Gozo wypływa z miejscowości Cirkewwa na Malcie i dociera do portu Mgarr. Płynęliśmy około 20 minut, podziwiając wyspę Świętego Jana, wpatrując się w horyzont, za którym gdzieś tam majaczyła Afryka i podziwiając wzburzone morze.

Głównym punktem naszej wycieczki na Gozo była Cytadela, górująca nad miastem Victoria. W średniowieczu służyła mieszkańcom jako schronienie przed piratami, obecnie znajduje się tam kilka muzeów, ogrody z drzewami cytrusowymi, kaplica i przepiękna katedra, a przed nią pomnik Jana Pawła II, podobno uwielbianego na Malcie. Na terenie Cytadeli mieszka też kilka rodzin. Swoją wycieczkę rozpoczęliśmy spacerem po wąskich (a jakże!) uliczkach, zachwycając się ich surowością, w której tkwi chyba całe piękno obiektu.

W Cytadeli odwiedziliśmy Muzeum Archeologii, muzeum folkloru, Muzeum Przyrodnicze i stare więzienie, ale dla mnie największą atrakcją i przyjemnością był spacer po murach wokół Cytadeli, skąd rozciągają się przepiękne widoki na okolicę. Całość zajęła nam około trzech godzin, ale nie zobaczyliśmy wszystkiego, bo część obiektów była zamknięta, a do części po prostu nie wchodziliśmy.

Wstęp do Cytadeli jest darmowy, natomiast za wejścia do poszczególnych obiektów trzeba już zapłacić. My mieliśmy kartę Heritage Malta Multisite Pass, która upoważnia do zwiedzania między innymi właśnie tych muzeów.

Potem pojechaliśmy jeszcze obejrzeć panwie solne, czyli wydzielone, prostokątne, małe baseny przy brzegu morza, skąd wydobywa się sól morską. Wygląda to całkiem ciekawie i warto obejrzeć je choćby po to, żeby poznać tradycję czerpania soli morskiej na Malcie.

Wieczorem, jak niemal każdego wieczoru naszej maltańskiej przygody, wyszliśmy nad zatokę, żeby wypić wino i podelektować się gwieździstą, ciepłą nocą i opowiedzieć sobie o wrażeniach kolejnego, właśnie mijającego dnia.

Dzień siódmy

Gdyby mi ktoś kiedyś powiedział, że w swoim życiu będę pływać katamaranem po Morzu Śródziemnym, pijąc drinki i opalając się na rufie, w dodatku podczas swojej podróży poślubnej i z najlepszym człowiekiem u boku, to popukałabym tego kogoś w czoło i w głos się zaśmiała, wracając do zadania domowego z matematyki. A dziś byłoby mi głupio, że tak mało wierzyłam w życie, które przede mną.

W niedzielę, ostatniego dnia naszej maltańskiej podróży, Darek wykupił sześciogodzinny rejs katamaranem (czyt. karakanem). Wypłynęliśmy z miasteczka Bugibba o 10:30. Pierwsze minuty rejsu to głównie ekscytacja tym, że zajęliśmy sobie naprawdę dobre miejsca na leżakach na górnym pokładzie, na które czaiłam się od samego początku. Swoją drogą katamaran był naprawdę super wyposażony, nie tylko w wygodne dwuosobowe leżaki, ale chociażby w maski snorkelingowe czy makarony i kamizelki do pływania, które można tam wypożyczyć, a koszt wliczony jest w cenę biletu. Opuszczane do wody schodki, platforma do skoków czy miejsce do opalania się na dziobie to dodatkowe atuty katamaranu.

Podczas całego rejsu kapitan statku opowiadał o tym, co mijaliśmy po drodze, a przy niektórych miejscach zatrzymywaliśmy się nieco dłużej, żeby zrobić zdjęcia. Pierwszym z nich były groty, w których niegdyś chowali się piraci. Dopłynęliśmy do nich całkiem blisko i podziwialiśmy te ogromne, piękne i robiące wrażenie skalne jaskinie.

Pierwszym dłuższym przystankiem była zatoka Blue Lagoon, gdzie zacumowaliśmy na dwie godziny, aby popływać w cudownej niebieskiej wodzie, zanurkować, podziwiać podwodny krajobraz, albo po prostu poleżeć na pokładzie w otoczeniu tego wszystkiego, co do tamtej pory widzieliśmy tylko na obrazkach. A ta niebieska laguna naprawdę istnieje! Super widać ją z samolotu, zaraz po starcie, jako małą, zielonkawą plamkę na tle ogromnego, granatowego Morza Śródziemnego.

Później cumowaliśmy jeszcze w innych miejscach, chociażby przy wyspie Comino, za każdym razem z możliwością pływania, zjedzenia posiłku, wypicia drinka czy oglądania krajobrazów, zaskakujących jeszcze bardziej, niż chwilę wcześniej. Polecam taką atrakcję każdemu, bo fajnie jest chociaż raz w życiu wypić drinka w takich okolicznościach i popluskać się w bajecznie lazurowej wodzie. A przy tym wszystkim mieć stu procentową pewność, że marzenia się spełniają, a życie zaskakuje. Nasza podróż dobiegła końca następnego dnia wcześnie rano, a ja wiedziałam, że tak naprawdę to dopiero początek naszych małych wielkich odkryć.

 

 

 

 

 

 

 

 

Zostaw swoje komentarze