Zostałam magistrem!

PIN

Mimo że perspektywy życia z mukowiscydozą nie zawsze były obiecujące, to ja od „zawsze” marzyłam o studiach i jeszcze przed przeszczepem powiedziałam sobie, że jak tylko zrzucę z siebie te cholerne rurki od tlenu i maskę od respiratora, to idę na studia, choćby nie wiem co. Spełnieniem moich marzeń był wówczas tytuł licencjata, a gdy go zdobyłam to oczywiste było, że idę po więcej. Wiedziałam, że ta wysoka poprzeczka jest do przeskoczenia i że będę bardzo żałować, jeśli nie spróbuję. Bariery były tylko w głowie, które po odpowiednim przesterowaniu myślenia, otworzyły się przede mną, zmieniając w bramę do przyszłości, o jakiej marzyłam.

I wcale nie robiłam tego dla dyplomów i tytułów. Choć oczywiście cudownym uczuciem jest tytułować siebie magistrem, to dużo ważniejsza była dla mnie wiedza i doświadczenie, które tam zdobyłam, ludzie, którzy dziś są moimi przyjaciółmi i satysfakcja z tego, że dałam sobie radę, której nie da się porównać z żadnym najwyższym nawet stopniem na dyplomie.

Ja nigdy nie wyobrażałam sobie, że będąc po przeszczepie i mając przed sobą możliwości i perspektywy, które jeszcze kilka miesięcy wcześniej, były zupełnie poza zasięgiem, mogę z nich nie skorzystać. Moje ambicje wychodziły i wychodzą daleko poza ramy spędzania czasu przed telewizorem i czekania aż mąż wróci z pracy.

Chociaż to temat na zupełnie inny artykuł, to nie mogę nie wspomnieć o tym, że zawód żony nigdy mnie nie pociągał i nigdy nie chciałam być zależną od męża kobietą, bez własnych pasji, wykształcenia, pracy zawodowej i celów, które ograniczają się do czasu spędzanego tylko na paznokciach i u fryzjera. To nie dla mnie.

Nigdy nie narzucałam granic moim planom i marzeniom, ale też te plany były i są jak najbardziej realistyczne. Wiem, na ile mogę sobie pozwolić i na ile mnie stać. Bo nie stać mnie na wszystko i sił też nie mam tyle, żeby wejść na Mount Everest. Ale dla mnie jego odpowiednikiem jest tytuł magistra po studiach stacjonarnych, wydanie własnej książki, wyjazd na jednosemestralną wymianę studencką, kilka przemówień do publiczności czy wolontariat w Szlachetnej Paczce. Bo wiem, ilu wyrzeczeń, nieprzespanych nocy i przemęczenia wymagało ode mnie to wszystko. Tylko ja to wiem. Dlatego tym bardziej jestem z tego wszystkiego bardzo dumna.

Jestem pisarką. I jako pisarka, patrząc na czajnik z gotującą się wodą widzę więcej, niż czajnik z buchającą ponad nim parą. Widzę młodego małżonka z największą troskliwością na świecie wlewającego ten wrzątek do ulubionego kubka żony. Widzę nakrycie stołu dla dwojga kochających się ludzi. Widzę kawę z mlekiem w różowym kubku i ciepłą jajecznicę z kurkami na patelni. Widzę młode małżeństwo przy śniadaniu. Widzę, jak nawzajem życzą sobie dobrego dnia i wychodzą do swoich zajęć. Widzę niebo patrząc na ten czajnik w gotującą się wodą.

I patrząc na swoje zdjęcie z pracą magisterską, nie widzę jedynie różowej okładki pracy dyplomowej. Widzę dziewczynę, która tak wiele wysiłku włożyła w to, żeby teraz móc nazywać siebie magistrem. Widzę pierwsze imprezy studenckie, na których poznałam moje przyjaciółki. Widzę wszystkie te pobyty w szpitalu, podczas których uczyłam się na kolokwia. Widzę żywienie dojelitowe, które podłączałam po powrocie z zajęć na pierwszym roku studiów. Widzę wszystkie te nieprzespane noce przez kaszel, po których szłam na ważne egzaminy, nie mając sił na to, żeby się na nie uczyć. Widzę siebie w łazienkach uniwersyteckich, w których mierzyłam cukry i odpoczywałam od duchoty w sali wykładowej, wdychając powietrze w otwartych oknach. Widzę swoje pierwsze kroki w samodzielności, po dwudziestu latach życia pod kloszem. Widzę zdeterminowaną, zawziętą i silną kobietę, podczas gdy Ty widzisz uśmiechniętą dziewczynę z różową pracą magisterską, której przecież zawsze wszystko idzie tak gładko. Ale nie widzisz, że w środku walczę bardziej niż Ci, co walczą używając mieczy.

Pewnie niektórzy z Was pomyślą, cóż to takiego skończyć studia. Miliony ludzi kończy studia i nie piszą z tego powodu poematu na blogu. I macie rację. Sukcesem wcale nie jest to, że te studia skończyłam. Ale że miałam odwagę je zacząć. Bo dla mnie naprawdę te pięć lat było jak wspinaczka na Mount Everest. I szczyt zdobyłam. A teraz, będąc szczęśliwą posiadaczką tytułu magistra, idę dalej.

Zapraszam do przeczytania poniższej „kartki z pamiętnika” którą napisałam na początku czwartego roku studiów, opisującej jeden dzień z mojego życia, jako studentki dziennikarstwa i komunikacji społecznej. Mieszkałam wtedy jeszcze zupełnie gdzie indziej i całkiem inaczej podchodziłam do studiowania. Dziś dużo ważniejsze jest dla mnie moje dobre samopoczucie i zdrowie, wtedy jednak dużo ważniejsze od nich były dobrze napisane kolokwia, zdane egzaminy i brak nieobecności na zajęciach…

 

Kartka z pamiętnika, styczeń 2020.

Ranek. Godzina 6:30. Styczeń. Za oknem jeszcze ciemno. Latarnie pod blokiem dawno już zgasły i teraz jedyne źródło światła to to, z przyozdobionego lampkami drzewka, rosnącego naprzeciwko mojego okna. Światełka są złote i przypominają mi maleńkie gwiazdki na tle granatowego nieba. Migają i rozświetlają ciemną zieleń kołyszącej się na wietrze choinki. 

Od kilku dni żyjemy już w 2020 roku. To kolejny rok, w którym postanawiam zwiększyć swoją pewność siebie i ograniczyć korzystanie z mediów społecznościowych. W którym nauczę się kolejnego języka i opanuję do perfekcji sposoby oszczędzania pieniędzy. W którym odważę się częściej mówić „nie” a wszystkie prace zaliczeniowe będę oddawać w terminie.

Jest godzina 6.36. Podnoszę rolety mojego okna. Włączam światełka, którymi przyozdobiłam pokój i zabieram się za powtórkę materiału na dzisiejsze kolokwium. Metodologia badań językowo-kulturowych spędza mi sen z powiek od początku semestru. Każde zajęcia to była walka o przetrwanie. To rundy, w których punkty zdobywali najlepsi. Na tym językowym ringu walka o pas między nami a metodologią trwała kilkanaście tygodni. Sparingu nie było. Dziś czas na nokaut. Robię sobie kawę i razem z gorącym kubkiem w jednej dłoni i notatkami w drugiej, znowu zagrzebuję się w łóżku. Jest godzina 7.00. Lampki na choince gasną.

Metody analizy zawartości mediów, metody retoryczne i gatunki dziennikarskie to zagadnienia, które z dużym prawdopodobieństwem pojawią się na dzisiejszym egzaminie. Mozolnie powtarzam więc na głos definicję komentarza odredakcyjnego, lingwisty hegemona, wzorca alternacyjnego i gatunku w formie kolekcji, mając jednocześnie przeczucie swojej niechlubnej klęski, mającej nastąpić dokładnie za trzy godziny. Bo wtedy, proszę Państwa, na ringu pojawi się ona – metodologia badań językowo – kulturowych, najmocniejszy zawodnik tego semestru, i my – od kilkunastu dni naiwnie próbujący poznać wszystkie słabe strony przeciwnika. To właśnie dziś okaże się, do kogo trafi mistrzowski pas w wadze ciężkiej. Zostańcie przed ekranami,

Cały wczorajszy dzień spędziłam na badaniach kontrolnych w Śląskim Centrum Chorób Serca w Zabrzu. Wróciliśmy dosyć późno, mimo to wizja egzaminu poprawkowego wzięła górę nam moim totalnym wyczerpaniem i jeszcze przez kilka godzin próbowałam powtórzyć przynajmniej część materiału. W efekcie spałam tylko pięć godzin i teraz nawet kofeina nie daje jakiejkolwiek nadziei na to, że w ciągu tych trzech godzin odrodzę się nagle jak feniks z popiołów. Ale nie mogę przecież zrezygnować i zasnąć na nowo bo moje ambicje, godne studenta pretendującego o stypendium rektora, nie pozwalają mi opuścić placu boju ani pomachać mentalną białą chorągiewką. Jeszcze przez godzinę walczę więc z obszernym materiałem po czym raz na zawsze chowam notatki na sam spód URZetowskiej teczki. Niech zginą marnie.

Człapię do łazienki i czuję, że z każdą minutą słabnę coraz bardziej. To efekt wczorajszych całodniowych badań, męczącej podróży oraz niewyspania. Wiem, bo przerabiam to za każdym razie po jakimś dłuższym tripie czy cięższym dniu. Cóż, nie jestem przecież zdrowa, a przeszczep nie zrobił ze mnie nadczłowieka i nie dał nadludzkiej siły.

Mam przeczucie, że będzie coraz gorzej bo zaczynają się zawroty głowy a ja jestem na siebie wściekła za ten brak energii. Nie lubię gdy tracę kontrolę nad swoim organizmem i przebiegiem dnia. A teraz tak właśnie się dzieję, bo zaczynam robić wszystko, byle tylko objawy ustąpiły. W kąt więc odsuwam śniadanie, dwa mejle z pracami zaliczeniowymi, telefon do mamy, inhalacje i pranie. znowu zakopuję się w łóżku i na spokojnie staram się przeanalizować swoja aktualną sytuację. Rozważam dwie możliwości mimo iż podświadomie wiem już, którą wybiorę. Pierwsza opcja to pozostanie w mieszkaniu i rezygnacja. Ale jako że kapitulacja zawsze wywołuje u mnie poczucie klęski to wybieram tą drugą i postanawiam stanąć dziś twarzą w twarz z metodologią. Nie dam jej wygrać walkowerem. Nie wyciągnę białej chorągiewki. A gdybym jednak postanowiła porównać teraz kolokwium z metodologii z grą w tenisa to powiedziałabym, że kreczu nie będzie.

Setki razy w swoim życiu negocjowałam z chorobą i wiem, że na nic zdadzą się pertraktacje. Mam świadomość pójścia na egzamin w opłakanym stanie i nie wchodzę w żadną polemikę z przeznaczeniem. Jeśli akurat teraz mój Anioł Stróż chce wystawić mnie na próbę, niech robi to śmiało. Podejmę rękawicę.

Wstaję więc i postanawiam zacząć od porządnego śniadania. Robię jaglankę z owocami, próbując na szybko wykonać mejkap, który sprawiłby, że nie będę wyglądać jak ofiara przemocy, choć moje podkrążone z niewyspania oczy i siniaki na nadgarstkach po wczorajszych próbach wkłucia się w żyły, właśnie na to wskazują.

Inhalacje i porcja leków trzy razy dziennie to u mnie standardowy rytuał, dokładnie taki sam, jak u zdrowego człowieka poranna kawa czy jajecznica w niedzielę. Okres buntu mam już dawno za sobą i teraz te czynności w ogóle nie wymagają z mojej strony żadnej silnej woli czy poświęcenia. Kiedyś jednak selekcjonowałam wszystkie czynności danego dnia zgodnie z czasem potrzebnym na ich wykonanie. Inhalacje według mojej oceny zabierały go całkiem sporo, więc odpuszczałam. Poranny makijaż znacznie mniej, więc wybór był oczywisty.

Taką totalna olewkę na rehabilitację i niemal wszystko, co związane z chorobą, miałam na drugim roku studiów. Minęły wtedy dwa lata od przeszczepu a to wszystko, co świat miał mi do zaoferowania, było dla mnie dużo atrakcyjniejsze niż wdychanie colistyny. Przeczytałam gdzieś, że z nowymi płucami nie pożyję dłużej niż 5 lat. Wzięłam to do serca i zaczęłam szaleć. Na imprezach studenckich, na domówkach, na mieście. Podejmowałam różne decyzje i niektórych żałowałam. Ale nigdy nie chciałam cofnąć czasu czy zaczynać od nowa, bo podobało mi się moje życie. Nie było w nim monotonii, ale intensywność i kreatywność. Studia i nauka były jednak ważniejsze, bo od zawsze marzyłam o zdobywaniu wiedzy i doświadczenia. Były upragnioną normalnością, której tak bardzo potrzebowałam. Zresztą ja po prostu lubię się uczyć. To między innymi tez dlatego wyjechałam na jednosemestralną wymianę studencką na Uniwersytet Wrocławski. Jednak to już zupełnie inna opowieść.

Teraz, po zrobieniu inhalacji i zażyciu leków jestem niemal gotowa do wyjścia, jednak jak zwykle, muszę o czymś zapomnieć. Tym razem wracam tylko po śmieci w kuchni. Dodatkowy spacer na drugie piętro to o maleńki procent więcej wydajności moich płuc i kilkadziesiąt kroków wzwyż na moim smartwatchu, którego wyniki z całego dnia skrupulatnie analizuję co wieczór. 8 tysięcy kroków dziennie to według Światowej Organizacji Zdrowia optymalny wynik dla dorosłego człowieka. Chcąc być lepsza od przeciętnego mieszkańca planety ustawiam swój dzienny cel na 10 tysięcy kroków i czasem odnotowuję nawet nadwyżkę. Deficytów prawie nie ma.

Na uczelnię chodzę pieszo. Mój wydział znajduje się 8 minut drogi od wynajmowanego mieszkania. Omijam więc korki, skupiska bakterii w komunikacji miejskiej, przeziębienia z powodu przemarznięcia na przystanku i kilka innych powodów złapania jakiejś infekcji. Ten językowy obraz mukowiscydozy obejmuje też strach przed wirusami, drobnoustrojami, zarazkami i szpitalnymi perspektywami, których staram się unikać jak pierwszych ławek na egzaminach.

Docieram na uczelnie i dołączam do znajomych pod salą. Nadal czuję się źle, ale kapitulacji nie przewiduję.

Wchodzimy do auli. A raczej wpadamy jak stado wypuszczonych z klatek dzikich zwierząt. W tym momencie przestają się liczyć wszystkie umowy, pakty, ustalenia i sojusze zawierane jeszcze kilka minut temu, dotyczące rezerwacji miejsc. Bo człowiek jest egoistą. W chwilach, kiedy rozstrzygają się ważne kwestie, każdy działa na własną korzyść. Egocentryzm wygrywa z konwencjami.

Wszystkie ławki świecą jeszcze pustkami ale za kilka sekund każde miejsce znajdzie swojego właściciela. Ich okupacja odbywa się zgodnie z zasadą „kto pierwszy ten lepszy”. Nie jestem ani pierwsza, ani lepsza. Dwa rzędy. Od ściany grupa pierwsza, od przejścia – druga. Trafiam do drugiej.

Dostajemy zestawy pytań i ten początkowy szmer, który pojawia się za każdym razem po przeczytaniu pierwszych zagadnień momentalnie zamienia się w westchnienia oznaczające rezygnację. Jak zwykle spodziewaliśmy się nie tego, co jest.

Zadań jest dziewięć. Wszystkie opisowe i ani jednej możliwości strzału w a, b albo c. Jak zwykle zaczynam od ostatniego. W przytoczonym przemówieniu Prezydenta RP, z okazji stulecia odzyskania przez Polskę niepodległości, mam wskazać i krótko opisać wszystkie zastosowane metody retoryczne. Nie jest źle, myślę, i wypisuję kilkanaście z nich. Wszystkie od starannych pauz, jakby to były jakieś zajęcia z kaligrafii. Do osiągnięcia perfekcji brakuje mi tylko poziomicy. Ale lepiej skupiać się na starannym rysowaniu kresek niż pulsowaniu w skroniach, zawrotach głowy i zamglonym spojrzeniu. Koniec tego zadania akcentuję wyraźną kropką i przechodzę do kolejnego.

Robi mi się gorąco i czuję pierwsze kropelki potu na plecach. Znam swój organizm bardzo dobrze i wiem, że za moment dojdzie też przyspieszone tętno. Nie mylę się. Czuję, jakby w mojej klatce piersiowej te zaprzęgnięte rydwany z kultury majkopskiej opisane w jednym z zadań, rywalizowały w igrzyskach olimpijskich. Staram się to bagatelizować i skupić na następnym poleceniu. Podaj definicję wzorca alternacyjnego.

W tym momencie przypominam sobie mój wierszyk z Pierwszej Komunii, bajkę, którą pisaliśmy na ostatnich zajęciach i przepis na genialny farsz do naleśników, ale za nic w świecie nie mogę przypomnieć sobie co to jest wzorzec alternacyjny. Próbuję na różne sposoby i ostatecznie wybieram metodę eliminacji. Wybieram tą, która najbardziej mi tu pasuje i przytaczam ją słowo w słowo. Perfekcja to moje drugie imię.

Pozostałe zadania wykonuję na tyle skrupulatnie, na ile pozwala mi moje samopoczucie. Staram się skupiać na poleceniach, a nie na tym, że chyba zaraz zemdleję. Zwalczam wewnętrzną panikę przesterowując swój umysł na myślenie życzeniowe. To odrobinę pomaga. W końcu po raz ostatni rzucam okiem na moją pracę i wychodzę z sali. Święcę triumf wręczając sobie mentalny laur.

W mieszkaniu śpię przez bite trzy godziny i potem czuję się znacznie lepiej. Ale od zawsze tak było. Od zawsze miałam silny organizm, który walczył z chorobą na najwyższym poziomie. I choć ja tego nie pamiętam, ale z opowiadań rodziców wiem, że już po narodzinach było ze mną naprawdę ciężko. Chrzest w szpitalu, a potem obawy o przyszłość i ciągłe infekcje to rzeczywistość, z którą musieli mierzyć się moi najbliżsi przez dwa pierwsze lata mojego życia. Potem było już tylko gorzej. Bo miałam nie przeżyć pierwszej poważnej infekcji. Potem nie dożyć osiemnastu lat. Później były obawy, że nie doczekam przeszczepu, a jeszcze później, że nie wyjdę obronną ręką z odrzutu. Ale mój organizm dał sobie radę z tym wszystkim i jeszcze tysiącem innych kryzysów po drodze. Mimo że miał mnóstwo okazji do zaniechania walki i poddania się, to wszystkie załamania, komplikacje, trudności i impasy czyniły go jeszcze silniejszym. Bardziej twardym w boju. Charakternym.

Ja go ciągle nakręcam do życia. Pobudzam do działania. Potęguję potrzebę istnienia. Prowokuję do gry. A każdy mój kolejny ruch i następne posunięcie motywowane ciekawością świata, niesie ze sobą pewną tajemnicę i niewiadomą oraz pytanie, czy tym, razem też wygram?

Teraz, po drzemce, zjadam porządny obiad i idę na zakupy. Obiecałam romantyczną kolację i słowa dotrzymam choć za swoje zdolności kulinarne dałabym sobie mocne dwa. Nie kłamię. Ocena poparta jest opiniami degustatorów.

Potem siłownia. Od trzech miesięcy ćwiczę około cztery razy w tygodniu. Od czasu przeszczepu jakiekolwiek aktywności fizyczne sprawiają mi ogromną frajdę. Wcześniej też. Ale wcześniej w parze z radochą szła niemoc, wycieńczenie i irytacja.

Gdy byłam mała to namiastki sportu przejawiały się u mnie w wspinaniu po drzewach, jeździe na hulajnodze i rowerze, lekcjach wuefu i wyścigami „do mostku”. Choroba jeszcze wtedy nie dominowała nad moim życiem, a ja sama nie byłam świadoma, że kiedyś tak będzie. Z biegiem lat jednak było coraz gorzej i stopniowo zmuszona byłam zrezygnować najpierw z wychowania fizycznego i dłuższych spacerów, potem z całkowitego wychodzenia z domu, aż w końcu doszło do tego, że leżąc w łóżku pod tlenem, obliczałam czy starczy mi sił na dojście do łazienki i zagotowanie wody na herbatę, czy tylko na samą łazienkę. Zazwyczaj starczało na samą łazienkę a i potem przez dwadzieścia minut dochodziłam do siebie, włączając respirator albo podkręcając tlen na maxa. Jedyną częścią ciała, którą wówczas choć w małym stopniu ćwiczyłam był prawy palec wskazujący, bo namiętnie grałam wtedy w simy, kreując w nich życie, o jakim sama marzyłam.

O 19 mam jeszcze angielski. Dwa razy w tygodniu, po dwie godziny, nadrabiam zaległości językowe zgromadzone przez te cztery lata spędzone w domu. Moja egzystencja ograniczała się wtedy głównie do przetrwania. I mimo iż zmuszałam się do tego, żeby na własną ręką pogłębiać wiedzę i zaglądać do fiszek albo rozwijać swój warsztat pisarski, to wygrywały inne priorytety.  Byłam świeżo po maturze i marzyłam o studiach ale niemal wszystkie próby podjęcia jakiejkolwiek samodzielnej nauki kończyły się niepowodzeniem. Nie miałam sił bo byłam wyczerpana chorobą.

Nigdy jednak nie zrezygnowałam w czytania. Zamawiałam po kilkanaście książek co miesiąc (nadal tak robię, ale teraz z  braku czasu, tylko po kilka) i przenosiłam się do innych światów. Beletrystyka była jednym ze sposobów na przetrwanie w moim monotematycznym wtedy życiu. Urozmaicenie, które znajdowałam w literaturze było odskocznią od ciągłych inhalacji, drenaży, rehabilitacji, wizyt lekarzy i pielęgniarek. W jeden dzień razem z Alicją zwiedzałam Krainę Czarów, a kilka dni później z Ewą Ewart poznawałam sztukę reportażu. Od Kapuścińskiego uczyłam się o dziennikarstwie, a Stephan King dostarczał kryminalnych zagadek. Czytałam wiele, jeszcze więcej żyć przeżywałam.

Edukacja i wykształcenie są dla mnie bardzo ważne. Być może, znając charakter choroby, nie powinny mieć żadnego znaczenia, ale ja swoją przyszłość widzę obiecująco.

O 21:30 Darek odbiera mnie z angielskiego. W mieszkaniu zabieram się za kolację. Robimy ją razem, a ja myślę sobie, że właśnie o takim życiu marzyłam przed przeszczepem. Po prostu dobrym.

Rzeszów, styczeń 2020

 

 

Zostaw swoje komentarze