Bukowe Berdo

PIN

Bukowe Berdo to szczyt w polskich Bieszczadach Wysokich, w postaci podłużnego pasma z trzema wierzchołkami, z których najwyższy osiąga wysokość 1311 m n.p.m. Jest jeszcze Szołtynia (1201) i Połonina Dźwiniacka (1238).

Z każdego z tych punktów kulminacyjnych widoki są przepiękne, ale te z samego szczytu zapierają dech w piersiach, bo rozpościera się przed nami widok między innymi widok na Szeroki Wierch, obie Rawki, Połoninę Caryńską i Wetlińską, Kopę Bukowską albo Krzemień, oraz na tereny ukraińskie.

W sieci przeczytałam, że niektórzy uważają masyw Bukowego Berda za najpiękniejszy w całych Bieszczadach!

 

My wybraliśmy się tam w drugiej połowie sierpnia więc paleta kolorów (choć pewnie we wrześniu i październiku jeszcze większa) była powalająca. Praktycznie co chwilę zatrzymywaliśmy się, aby z różnych perspektyw uchwycić na fotografiach tę feerię barw.

Zdecydowaliśmy się na Bukowe Berdo głównie dlatego, że nie ma tam tłumów (Darek przeczytał tak w Internecie, a ja mu uwierzyłam na słowo). Bieszczady ostatnio stały się bardzo popularne i często bywają po prostu przepełnione turystami. A dla mnie wspinaczka ma być czasem świętego spokoju i swoistego katharsis, gdzie wszechobecną ciszę przerywa jedynie wspólny rytm bicia naszych serc i ciężkie oddechy.

Bilety wstępu do Bieszczadzkiego Parku Narodowego kupiliśmy w miejscowości Muczne (w tym samym miejscu możecie kupić również przewodniki turystyczne, książki, piękną biżuterię, regionalne pamiątki czy tematyczne koszulki). Stamtąd też, żółtym szlakiem, ruszyliśmy na szczyt.

Drogowskaz przy sklepiku informował, że do pierwszego punktu kulminacyjnego, czyli do najniższego wierzchołka Bukowego Berda jest godzina i piętnaście minut drogi. My celowaliśmy w sam szczyt, więc po obejrzeniu naszego szlaku na mapce, nastawiliśmy się na minimum dwie godziny wspinaczki.

Aha. Warto jeszcze zaznaczyć, że przy samym wejściu na szlak nie ma żadnego parkingu. Jest jeden duży, ale jedynie dla gości znajdującego się tam hotelu. Większość aut stało więc wzdłuż drogi.

My zaparkowaliśmy przy maleńkim kościółku świętego Huberta, w którym uwagę zwracają żyrandole wykonane z rogów danieli, jakieś 200 metrów dalej od hotelu i 400 metrów od wspomnianego sklepiku.

Wszystkie relacje z trasy na Bukowe Berdo, które czytałam w sieci przed wyjazdem, opisywały szlak jako łatwy i przyjemny. Dla mnie taki nie był, a moja relacja będzie jak najbardziej subiektywna. Dlatego tym, którzy na takie wysokości wbiegają, radzę nie przykładać wielkiej wagi do opisywanych tutaj trudności i kryzysów. Pozostałych bardzo namawiam do spróbowania swoich sił, bo nie jest to też trasa, której z przerwami na krótkie odpoczynki, nie dałoby się przejść 🙂

Cała pierwsza część szlaku, aż do pierwszego wierzchołka, prowadzi przez las. Ścieżka jest szeroka i wygodna, choć w niektórych miejscach ze stromymi podejściami. Nie ma tu ładnych widoków ze względu na wysokie drzewa, ale przypuszczam, że jesienią sam las jest po prostu piękny i atrakcyjny (widziałam na zdjęciach). Co jakiś czas napotkać można drewniane ławeczki, zachęcające do chwili odpoczynku, ale nie ukrywam, że najbardziej chyba kuszą wielkie, powalone pnie drzew.

Na tym odcinku, w lesie, odpoczywaliśmy kilkanaście razy. Właściwie co kilka minut dawałam sobie czas na uspokojenie oddechu i wypicie kilku łyków wody. Nigdzie nam się nie spieszyło, a na zdobycie szczytu przeznaczyliśmy sobie cały dzień. Głupotą byłoby pobijać tu jakieś rekordy czasowe, bo w takim szybkim tempie z pewnością daleko bym nie zaszła.

Przy wyjściu z lasu czeka nas bardzo ostre podejście, ale gdy już się z nim uporamy, to pierwsze, przepiękne widoki zrekompensują nam cały trud. W tym miejscu zaczyna się Bieszczadzki Park Narodowy, na terenie którego nie można zbaczać z wyznaczonej trasy.

Tutaj też ,,nasz” szlak żółty przecina się z niebieskim. Szlak niebieski biegnie z Pszczelin-Widełek na Bukowe Berdo i dalej na Krzemień, aż do Ustrzyk Dolnych.

Od tego momentu reszta trasy to zniewalające i zapierające dech w piersiach widoki (tak, od jakiegoś czasu oddech zabierają mi tylko takie cudowności!). A do najwyższego wzniesienia Bukowego Berda, czyli do naszego punktu docelowego, została nam jakaś godzinka drogi. W tym miejscu mamy za sobą widok na Muczne (skąd wyruszaliśmy), a po lewej stronie, gdzieś daleko, daleko – Bukowe Berdo, na które zmierzamy.

Idziemy więc w górę, cały czas jego grzbietem, i oglądamy panoramę Bieszczad na 4 strony świata! Widoczny jest Krzemień, obie Połoniny, Halicz, Tarnica czy Szeroki Wierch.

Ten odcinek jest naprawdę różny, bo są momenty, gdy wspinamy się po skałkach niemalże pionowo w górę, a są też takie, gdzie łagodnie schodzimy w dół, by potem znowu zaliczać podejścia. Co jakiś czas napotykamy wychodnie skalne, które nadają całej trasie niepowtarzalnego uroku i wielu turystów robi sobie na nich zdjęcia (my też!).  Na jednej z nich przybita jest tablica poświęcona Marianowi Hadło – wieloletniemu prezesowi Bieszczadzkiej Grupy GOPR.

Gdyby nie wielka ściana deszczu, która pojawiła się nagle po naszej lewej stronie i coraz niebezpieczniej się do nas zbliżała, nawet nie przypuszczałabym, jaki piękny może być to widok. Nawet nie chodzi o sam deszcz, widziany z poziomu gór, ale o parujące gdzieś na dole lasy. Zieleń nagle stała się jeszcze żywsza, a powietrze intensywniej rześkie. To było niesamowite! Ta ściana deszczu gdzieś obok towarzyszyła nam prawie do samego szczytu, ale nawet jedna mała kropelka nie spadła na nas w tym dniu.

Ostatni etap wędrówki to bardzo strome podejście. Najpierw skałki, po których trzeba się powspinać niczym kozice, a potem kilkadziesiąt schodków, były nie lada wyzwaniem. Ten odcinek jest bardzo wąski i trzeba się umiejętnie wymijać z turystami schodzącymi w dół, albo po prostu przepuszczać siebie nawzajem. My wspinaliśmy się naprawdę wolno, dlatego też co chwilę przystawaliśmy i puszczaliśmy przodem ludzi, którzy szli za nami.

Ale to też chyba najpiękniejsza część tego szlaku, bo gdy odwracaliśmy się za siebie mieliśmy nieziemski widok z góry na cały grzbiet Bukowego Berda, na którym odcinała się wąska dróżka, którą jeszcze przed chwilą szliśmy sami. Coś pięknego!

Po dwóch i pół godzinie wędrówki dotarliśmy na sam szczyt Bukowego Berda! Zlokalizowaliśmy wolną ławeczkę, których jest tam kilka, i całkowicie oddaliśmy się relaksowi w cudownym otoczeniu oraz obcowaniu z naturą.

Ze szczytu rozciąga się panorama, obok której, osoby takie jak ja, pielęgnujące wrażliwość od zawsze, nie przejdą obojętnie. Natura była tak blisko nas, była tak bardzo namacalna, otaczała nas zewsząd, z każdej strony, a my na chwilę staliśmy się jej prawdziwą częścią.

 

Zostaw swoje komentarze