Trzeba żyć bez względu na to, ile razy runęło Niebo

PIN

Sylwię poznałam w Rabce. Też chorowała na mukowiscydozę. Właściwie nigdy nie rozmawiałyśmy na żywo bo wtedy obowiązywała już izolacja. Ja też zresztą, nie byłam w stanie już wychodzić ze swojej sali, ale często widziałam przez okno, jak spaceruje pod budynkiem szpitala ze swoją mamą. Ja byłam wtedy na aktywnej liście do przeszczepu płuc. Ona do tego przeszczepu nie była nawet zakwalifikowana, mimo że jej stan był już bardzo ciężki. Leżała w sali obok. Nasze mamy zaczęły wtedy ze sobą rozmawiać. Okazało się, że Sylwia mieszka całkiem niedaleko mnie, że leczymy się u tej samej pani doktor w Rzeszowie i że Sylwia też korzysta z respiratora.

Potrzebowała przeszczepu. I to bardzo szybko. Ale żadna z klinik, do której lekarze wysyłali jej dokumenty, nie chciała podjąć się tego zabiegu, nawet za granicą. Nie pamiętam dokładnie dlaczego. Pamiętam natomiast, że okropnie jej współczułam. Nawet nie próbowałam wyobrazić sobie, co czuje. Przeszczep to była jej jedyna szansa na życie. Ale nikt nie chciał tego przeszczepu wykonać. To przecież jak wyrok. Wyrok, którego nie dawało się w żaden sposób oddalić.

Na początku w ogóle ze sobą nie pisałyśmy. Wszystkiego dowiadywałam się od mamy, która dzwoniła do jej mamy. Z każdym kolejnym telefonem stan Sylwii był coraz cięższy. Ze wszystkich klinik dostawała same negatywne odpowiedzi w sprawie ewentualnego przeszczepu. Przez cały ten czas leżała w szpitalu w Rzeszowie z nadzieją na cud. wtedy po raz pierwszy do mnie napisała. Nie pisałyśmy o niczym ważnym, to były zupełnie błahe tematy o naszych zainteresowaniach i o nas samych. Dowiedziałam się, że ma starszą siostrę, że uwielbia aktora Mateusza Banasiuka, że tak jak ja kocha książki i ma ich mnóstwo. Że jej największe marzenie jest dokładnie takie samo jak moje. Nowe życie.

Potem, na jakiś czas, kontakt się urwał. Jej mama zadzwoniła do mojej mniej więcej dwa, trzy tygodnie po moim przeszczepie aby powiedzieć, że Szczecin zgodził się przyjąć ją na wstępne kwalifikacje do transplantacji. Był jednak problem z dowiezieniem jej tam. Takiej długiej drogi karetką mogła nie wytrzymać. Helikopter odpadał ze względu na dużą różnicę ciśnienia, która była zagrożeniem dla jej życia, nie wspominając już o podróży własnym samochodem. Ostatecznie chyba zdecydowano się na karetkę. Na kwalifikacjach była kilka dni, podczas których robiono różnego rodzaju badania. To było kilkanaście dni przed świętami Bożego Narodzenia. Wtedy ponownie do mnie napisała. Z tym, że nie były to już rozmowy o niczym. Pytała o to, jak się oddycha po przeszczepie, co się zmieniło, jak to w ogóle jest. Nie dowierzała, kiedy pisałam jej, że mam prawie 100% saturacji i to bez tlenu. Mówiła, że się boi, chociaż zapewniała, że czuje się ok i że da radę. Podtrzymywałam ją na duchu, jak tylko mogłam. Bardzo wierzyłam, że pomyślnie przejdzie te kwalifikacje, że doczeka do przeszczepu. Wiedziałam co przeżywa bo ja tez kiedyś przeżywałam dokładnie to samo. I wiedziałam, że czas liczył się wtedy jak nigdy. Ale przecież niedługo święta. W święta spełniają się marzenia i zdarzają cuda. W święta przecież łatwiej o nadzieję. W święta wiara w niemożliwe jest mocniejsza niż kiedykolwiek. Sylwia też miała nadzieję. Jej rodzina też wierzyła. I ja też modliłam się o to, żeby się udało. Napisała do mnie, że już nie może doczekać się, aż będzie mogła normalnie oddychać. Kiedy wreszcie zacznie żyć naprawdę. Napisałam, że już niedługo tak będzie i że po wszystkim widzimy się na kawie.

Po kilku dniach wróciła do domu ale w fatalnym stanie. Bardzo ciężko przeżyła drogę powrotną, organizm był już za słaby na taką podroż. Kilka dni przed świętami Bożego Narodzenia Sylwia zmarła. Zaraz po kwalifikacjach, kiedy do przeszczepu było już tak blisko.

Ja byłam wtedy miesiąc po przeszczepie i te święta spędziłam leżąc jeszcze w szpitalu. Nie było mowy o wyjściu do domu. Byłam po odrzucie, podłączona do sztucznej nerki, z dodatkowym drenem wprowadzonym do serca, z drenami w płucach, podłączona to miliona kroplówek, z przetaczaną krwią i zapewnieniami, że wszystko będzie dobrze. Marzyłam o tym, żeby te moje pierwsze święta po przeszczepie spędzić w domu, z rodziną, z ubraną przeze mnie choinką, z prezentami, przy wigilijnym stole, lepiąc bałwana albo robiąc aniołki w śniegu. Ale gdy dowiedziałam się, że Sylwii już nie ma, to nagle to wszystko przestało mieć znaczenie. Cała ta choinka i wszystkie te prezenty. Dotarło do mnie wtedy, że jedne święta z dala od domu nie mają żadnego znaczenia, gdy wiesz, że kolejne będą już rodzinne. I takie normalne. Bez tlenu przy wigilijnym stole. Bez duszności nie pozwalających ubrać choinki. Bez braku sił na to, żeby zrobić prezenty dla najbliższych. Bez tej beznadziei, która pojawia się zawsze, gdy wszystko jest tak, jak być nie powinno.

Bardzo mocno przeżyłam śmierć Sylwii. Tym bardziej, że przecież była już tak blisko. Wtedy pierwszy raz poczułam to dziwne uczucie wyrzutów sumienia, że mi się udało, a jej nie. Potem przeżywałam je jeszcze wielokrotnie, gdy odchodził ktoś, komu nie dane było doczekać przeszczepu. Świat jest tak bardzo nie fair.

Starałam się spędzić te święta radośnie, pomimo okoliczności. Jasne, było mi przykro. Było mi bardzo przykro. Ale przyjechali do mnie rodzice i siostry. Spędziliśmy razem tych kilka dni. Moja wigilia wtedy, to były trzy pierogi, na które dostałam pozwolenie od doktora. Po niej zostałam sama i przepłakałam całą noc. Ze złości. Na siebie, na lekarzy, na pielęgniarki, na cały świat. Nie tak miały wyglądać te święta.

Przed przeszczepem nawet nie wyobrażałam sobie, aby Boże Narodzenie móc spędzać poza domem. Od dziecka przyzwyczajona byłam do tego, że święta spędzamy w gronie rodzinnym. Mój tato ma pięcioro rodzeństwa i większość z nich ma już dzieci i wnuki. Co roku spotykamy się, aby wspólnie pokolędować i po prostu pobyć razem. Nieraz nawet pobyty w szpitalach planowałam tak, aby wypadały przed świętami albo tuż po nich. I byłam pewna, że ten czas należy wyłącznie do mojej rodziny i że tak będzie zawsze. Ale życie wszystko weryfikuje a my czasem bywamy naiwni w naszych planach i marzeniach.

Przez trzy lata przed przeszczepem święta nie wyróżniały się dla mnie niczym szczególnym od normalnych dni. Oprócz tego że była choinka, kolacja wigilijna, i że przez te dwa dni miałam okazję włożyć na siebie coś innego niż  dresy, to wszystko było jak co dzień. Święta, choć to ponoć czas magiczny, wcale nie sprawiały, że w te dni czułam się lepiej i że choroba wtedy odpuszczała. Nie odpuszczała. Nawet wtedy. Dlatego w czasie ostatnich świąt przed transplantacją, zwyczajnie nie miałam siły aby się z nich cieszyć. Pomoc przy ubieraniu choinki była wtedy wielkim wyczynem, wąsy tlenowe, plączące się między gałązkami gdy chciałam opleść drzewko lampkami, denerwowały jak nigdy. W czasie, gdy wszyscy przygotowywali się do kolacji, ja przeleżałam pół dnia pod respiratorem aby mieć siłę posiedzieć przy stole. A moje życzenie, wypowiadane przy pierwszej gwiazdce, było takie samo, jak przez kilka ostatnich lat i miało spełnić się dokładnie 11 miesięcy później. Moje się spełniło. Sylwii nie zdążyło.

Sylwester, dwa miesiące po przeszczepie. Tego dnia mama została ze mną trochę dłużej niż zwykle. Poszła do hotelu dopiero późnym wieczorem. Ten Sylwester też miał być pierwszym spędzonym w domu z nowymi płucami. Ale mimo że czułam się już lepiej, że nie miałam już drenów ani dializ, to wyniki nie były jeszcze na tyle dobre abym mogła wyjść ze szpitala. Wcale nie pomagały te fajerwerki za oknem, koncerty w tv, na których ludzie się bawili i świętowali Nowy rok. Nie pomagały świąteczne naklejki na okno, które dostałam od pielęgniarek ani zdjęcia moich znajomych z sylwestrowych imprez, które oglądałam na fejsbuku. To wszystko przytłaczało jeszcze bardziej. Nie miałam wtedy ochoty wysyłać nikomu żadnych życzeń ani odczytywać tych, które dostałam. Chciałam jedynie przespać to wszystko, całe to szaleństwo. Udało mi się zasnąć chwilę przed północą ale o 12 obudziły mnie pielęgniarki z kolorowymi czapeczkami na twarzy. Świętowały Nowy Rok na dyżurze i składały nam życzenia. Zadzwoniłam więc do domu, do rodzeństwa, do taty. O 12 w nocy złożyłam im krótkie życzenia i zasnęłam ponownie. Pierwszy dzień Nowego Roku powitałam ogromnymi wyrzutami sumienia, które zresztą pojawiały się też za każdym razem, gdy w szpitalu odwiedzali mnie siostry albo tato, a ja nie miałam sił ani chyba ochoty, aby z nimi rozmawiać. Tak samo było w Sylwestra. Było mi głupio bo nie chciało mi się do nich nawet zadzwonić z życzeniami. O 12 w nocy zrobiłam to tylko dlatego, że pielęgniarki mówiły, że tak trzeba. Starałam się ale nie wychodziło więc przestałam wierzyć w to, że ten przeszczep miał jakiś sens. Bo nic nie szło po mojej myśli. Przestałam wierzyć w siebie. A najgorzej, kiedy człowiek przestaje wierzyć w siebie.

Te święta były bardzo ciężkie. Tym bardziej, że przez cały czas, gdzieś tam w głowie, miałam Sylwię. Ciągle o tym myślałam. O tym, że tej kawy już nie wypijemy. Mój tato i siostry byli na jej pogrzebie.

Ja zaczynałam nowy rok i nowe życie. Dosłownie. Jej życie skończyło się w momencie, kiedy właściwie już niebawem miało zacząć się od nowa.

Jedne święta spędzone w szpitalu, z dala od bliskich, to nic w porównaniu ze świętami, kiedy tej najbliższej osoby już nie ma. I kiedy wiadomo, że kolejne też będą bez niej. Ogromnie współczułam jej rodzinie. Nie tak miało wyglądać to Boże Narodzenie. Nie tak miało być. Ale trzeba żyć dalej. Bez względu na to, ile razy runęło Niebo.